Dach zaczął przeciekać o 5:12 rano, a kapanie do pięciogalonowego wiadra brzmiało jak wymamrotanie przez dom wyznania w tanim plastiku. Stałam w ciemnym korytarzu z ręcznikiem, który już był wilgotny, słuchając buczenia lodówki i włączania pieca, jakby odchrząkiwał. Lampki na choince mrugały na timerze, którego nigdy nie resetujemy, niczym uparte punkciki udające, że święta same się trzymają.
Dach zaczął przeciekać o 5:12 rano, a kapanie do pięciogalonowego wiadra brzmiało jak wymamrotanie przez dom wyznania w tanim…